Słowianie i ukryta historia Polski

   wersja do druku 
Strona glówna » Propaganda polska i słowiańska » Dlaczego nie zostałem archeologiem i historykiem oraz dlaczego cieszę się z tego? 
Jeżeli chcesz otrzymywać informacje o Słowianach i ukrytej historii Polski, podaj swój email:

Dlaczego nie zostałem archeologiem i  historykiem oraz dlaczego cieszę się z  tego?

Historia i  archeologia, to pasje mojego życia, cieszę się jednak z  tego, że nie zostałem zawodowym pracownikiem nauk historycznych.

Ostatnio poznałem też prywatnie kilku archeologów w  stopniu od magistra, poprzez doktora, doktora habilitowanego, profesora aż do dyrektora wyższej placówki badawczej i  szkoleniowej.

Muszę powiedzieć, że utwierdzili mnie oni w  przekonaniu, że źle się dzieje w  nauce polskiej.

Generalnie środowisko absolwentów archeologii podzieliłbym na tych, którzy będąc pozbawionymi odpowiednich znajomości, wejść i  dojść, zmienili zawód oraz tych, którym udało się objąć jakieś naukowe stanowisko, związane z  tą nauką i  piszą to, co konserwatywne środowisko i  chęć zachowania stanowiska każą im pisać.

To taki wstępny podział, który sugerowali ci "nieprzyjęci" i  po przymusowej zmianie zawodu.

Czy tak było?

Chyba trochę tak.

Prawdopodobnie była tam walka o  stanowiska, ze wzgledu na możliwość zdobycia lukratywnych kontraktów w  Egipcie i  na południu Europy, co za polo-sowietów robiło dużą różnicę.

Istnieje też domniemanie, graniczące z  pewnością, o  mocnym przesiąknięciu za komunizmu antypolską agenturą tak "międzynarodowego" towarzystwa.

Trochę taka sytuacja, jak z  księżmi, którzy za komuny koniecznie i  za wszelką cenę chcieli wyjechać do Rzymu.

Mogli wyjechać, ale najpierw proponowano im coś do podpisania.

Za granicą też pewnie coś proponowano, jakąś wymianę usług.

Myślę, że te dawne, wydawałoby się, czasy mogą mieć wpływ na aktualną sytuację w  polskich naukach historycznych.

Bo nieuctwo, brak pasji naukowych i  nieuczciwość badawczą dziedziczy się z  ojca na syna i  z profesora na magistra.

Rozminął bym się z  prawdą, gdybym twierdził, że nie ma w  Polsce młodych, uczciwych i  otwartych na nowe rodzaje badań pracowników nauki.

Jak najbardziej są i  w nich cała nadzieja.

Nie będę wymieniał ich nazwisk, ani ośrodków naukowych, aby nie wystawić kogoś na strzał w  potylicę, … o  przepraszam, chciałem powiedzieć w  doktorat lub profesurę.

Czasy nie są już takie straszne, ale terror już nie fizyczny, tylko ideowy jest nadal.

Są też starsi profesorowie mówiący prawdę.

Ale przede wszystkim są pewne dogmaty archeologiczno-historyczne, których nie można podważać.

Wsród nich szczególnie ważne dla panujacej nam antypolskiej nauki są:

- dogmat o  prymitywiźmie wszystkich Słowian, a  szczególnie Polaków

- dogmat NIEistnienia Lechii, jako poprzedniczki Polski

- dogmat istnienia pustek osadniczych na ziemiach polskich w  różnych, kluczowych okresach czasu

- zwiazany z  dogmatem istnienia pustek osadniczych dogmat nieciągłości osadniczej, językowej i  kulturowej ludności zamieszkującej teren Polski

Genetycznej i  antropologiczno-fizycznej ciągłości "naukowcy polscy" nie mogą już na szczęście zaprzeczyć.

Genetyka i  antropologia fizyczna, to nauki ścisłe i  czołowi przedstawiciele tych nauk nie boją się antypolskiego terroru, bo mają twarde dowody w  ręce.

Mają też oparcie w  wynikach badań ośrodków zagranicznych.

Natomiast historią Polski interesują się głównie polscy, niemieccy i  trochę rosyjscy historycy.

I ci narobili w  świadomości historycznej Polaków dużo złego.

A w  czasie zaborów, okupacji niemieckiej i  sowieckiej odcisnęli na naszym świecie nauk historyczno-archeologicznych pieczęć.

Ta pieczęć, to promowanie antypolonizmu.

Większość naukowców, to beton archeologiczny, skansen, pozostałość z  poprzednich epok, w  których w  dobrym tonie było wszystko to, co umniejsza rolę Polaków w  historii Europy i  świata.

Ktoś mógłby pomyśleć, że archeologia jest nauką obiektywną, bo przecież przedmioty wyciągnięte z  ziemi nie kłamią.

To prawda, ale wiele zależy od tego, gdzie kopiemy, jak kopiemy, a  przede wszystkim od tego, jak interpretujemy znaleziska.

Jeżeli ktoś przez lata formacji antypolskiej i  antysłowiańskiej ma wpisane w  umysł teorie o  niższości Słowian, wobec innych narodów, to jak ma z  zapałem poszukiwać śladów ich wielkiej cywilizacji?

Taka osoba w  ogóle nie będzie promowała wykopalisk w  Polsce, będzie wolała intratne wyjazdy do Egiptu, czy do Włoch.

O niższości Słowian przekonywali nas najpierw "chrystianizujący" nas mieczem Niemcy, potem "gruntujący" naszą wiarę wysłannicy Vatykanu, następnie trzej zaborcy, potem zaś wysłannicy III Rzeszy i  zbrodniczego Związku Sowieckiego.

Na końcu, abyśmy całkowicie przestali w  siebie wierzyć i  wyemigrowali, jako tania, ale doskonała siła robocza, albo wymarli na miejscu, powołano Unię Europejską.

Wszystkie te zbrodnicze organizacje nie miały żadnego interesu w  mówieniu o  Wielkiej Lechii, przedchrześcijańskiej poprzedniczce Polski.

Mimo to jeszcze zaborca pruski uczył w  szkołach polskie dzieci o  starożytnich królach Lechii.

Potem przestał, bo nie po to wymyślił pruski dryl, żeby Polaczkowie (Die Polacken) znali swoją historię.

Dlatego pracownicy naukowi od początku swej formacji w  przedszkolu, aż do doktoratu, habilitacji i  profesury wdrukowywane mają kalki myślowe poprzednich pokoleń "polskich", a  szczególnie niemieckich naukowców.

Ponieważ te kalki mają wszyscy, a  niewielu chce i  ma siły, aby się z  nich wyrwać, to rezultat jest taki, jaki jest.

Wsród "elit inteligencji polskiej" modne jest narzekanie na gorszość Polski w  stosunku do wszystkiego innego.

Dlatego nasi naukowcy bez walki oddali pozycje związane z  przedchrześcijańską Polską, mimo że w  zasadzie wszystkie ważniejsze średniowieczne kroniki polskie o  niej pisały.

"Polscy naukowcy", w  rodzaju archeologa, pana Kazimierza Godłowskiego z  Krakowa, w  latach komunizmu, aby przypodobać się Niemcom i  Sowietom wymyslili jakąś kuriozalną teorię o  wyłonieniu się Słowian dopiero około V wieku n.e. z  okolic górnego dorzecza Dniepru, "gdzieś z  bagien Prypeci".

Oczywiście, według nich, ci głupi Słowianie urodzili się dopiero tuż przed V wiekiem n.e. na terenie ZSRR, a  nie w  Polsce.

Przy czym nie jestem za NAD-nacjonalistycznym ograniczaniem nauki w  zakresie wolności głoszenia poglądów, ale chodzi mi o  nieumniejszanie zasług naszych przodków na siłę.

Na przykład teoria profesora Godłowskiego, mimo że od począrku miała poważne luki merytoryczne, to jednak błyskawicznie znalazła wielu piewców jej chwały.

Bo nie była to chwała Słowian, no może ewentualnie tych, którzy lubią moczyć się w  bagnach i  nie boją się reumatyzmu :-)

Dlaczego nasi archeologowie nie czytają kronik, nawet ruskich, czeskich, węgierskich, ale kronik, które są konkretnym śladem po przeszłości?

Gdyby przeczytali sobie te najważniejsze ruskie, czeskie i  węgierskie kroniki, to wiele by się z  nich dowiedzieli.

Dlaczego najważniejsze dla nich są, w  brutalny i  oczywisty sposób zmanipulowane i  antypolskie, kroniki niemieckie?

Dlaczego wpisy o  wielkiej naszej historii w  większości polskich kronik klasyfikują jako "fantazje Kadłubka i  Długosza"?

A przecież tak zwani "Kadłubek i  Długosz", to czołowi intelektualiści swoich czasów, mający dostęp do bogatej literatury, niedostępnej teraz już dla nas.

Każdy z  dzisiejszych naukowców powinien ich po rękach całować i  tytułować odpowiednio do ich zasług dla nauki, religii, polityki i  historii Polski.

Szczególnie historii.

Byli oni biskupami, profesorami, osobami które zrezygnowały z  karier duchownych i  politycznych, aby część życia poświęcić na pisanie kronik, w  których przemycili, mimo cenzury kościoła łacińskiego, naszą wielką historię.

Mogli to zrobić, bo sami byli najwyższego poziomu dostojnikami kościelnymi.

Długosz dla swojej kronikarskiej pracy zrezygnował z  wielkiej i  niezwykle dochodowej kariery biskupa Pragi.

Gdyby nasi naukowcy pomyśleli nad tym chwilę, to może też zapytaliby, dlaczego tacy wybitni naukowcy średniowieczni, piszą tak dziwne dla naukowców współczesnych rzeczy?

A może chcieli powiedzieć, przekazać coś, co w  ówczesnych warunkach z  powodu cenzury było trudne do przekazania?

Może bali się, że z  powodu tych informacji ich dzieła mogą byc zakazane?

Kroniki Długosza zostały zresztą spalone i  tylko jeden egzemplarz ocalał poza granicami kraju.

Kadłubek był sprytniejszy, pisał tak zawile i  zmieniał styl swojej kroniki tak, że mało kto go rozumiał.

W końcu był naukowcem i  politykiem numer jeden w  ówczesnej Polsce.

I chyba dlatego go nie spalili.

Panowie profesorowie Wincenty Kadłubek i  Jan Długosz zaryzykowali prawdopodobnie dla nas, dla przyszłych pokoleń Lechitów, a  ich pseudonaukowi następcy mówią, że nie są żadnymi Lechitami, twierdzą, że są Polakami, a  żadnych Lechitów nigdy nie było.

Moja nieśmiała propozycja: a  może jakiś współczesny profesor coś by zaryzykował dla Polski, na przykład napisałby prawdę.

Bardzo śmieszne, ta myśl jest tak absurdalna, że aż śmieszna.

Jeżeli Lechii nie było, albo była mało znaczna, to dlaczego większość naszych wschodnich sąsiadów tak nas nadal nazywa?

Litwini, Rosjanie, Ukraińcy, Węgrzy, Rumuni, Turcy, Persowie i  inni pamiętają, przynajmniej w  sferze słownictwa, o  naszej wielkiej przeszłości, a  nasi naukowcy chcą zapomnieć.

Nasi wschodni sąsiedzi, reprezentujący co najmniej cztery różne grupy językowe, nazywają Polskę, w  ramach zasad swoich gramatyk, Lechią lub podobnym słowem, a  zachodni, rzymskochrześcijańscy sąsiedzi Polską lub podobnie.

Czy ktoś z  polskich naukowców już się nad tym faktem zastanowił?

Czy związek między wyznawaną religią, a  używaniem słowa Polska nie jest oczywisty?

Przy czym ci, którzy nazywają nas Lechią, czy podobnymi słowami, wyznają różne religie, można tu wymienić co najmniej dwie najważniejsze: prawosławie i  islam.

Tylko nasi wielcy przyjaciele, Węgrzy wyrwali się z  tego schematu i  mimo, że są zachodnio-chrześcijańscy, to nazywają nas Polaków Lengyel i  jest to połączenie dwóch słów: Lech i  Angyel, czyli Pan i  Anioł.

Tylko dzięki przyjacielowi dowiesz się prawdy :-)

Czy to nie dziwne, że również nasi polscy wczesnośredniowieczni kronikarze nazywali nas Lechitami i  głosili wielkość tej Lechii, a  współcześni odmawiają nam tej nazwy i  wielkości?.

Czy negowanie własnej wspaniałej historii jest chorobą sierocą Polaków, czy też efektem wytrwałej pracy obcych agentur?

O tej dziwnej i  strasznej, wyniszczającej naród, chorobie piszę na stronie http://www.SlowianieiUkrytaHistoriaPolski.pl artykule "Choroba sieroca Polaków".

Bez podstawowej wiedzy historycznej, którą czerpiemy głównie z  kronik, wykopaliska można interpretować dowolnie i  tak się też niestety dzieje.

Tak więc cieszę się, że nie jestem zawodowym archeologiem ani historykiem, nie podlegam terrorowi naukowemu i  mogę pisać to, co uważam.

W czasach Internetu dostęp do wiedzy jest w  zasadzie nieograniczony (no, prawie) i  nie trzeba być naukowcem, żeby coś doczytać.

Natomiast środowisko naukowe może skutecznie zablokować publikacje, z  którymi się nie zgadza.

Prawdą jest, że pewne badania, istotne dla badania historii Polski, na przykład kwerendy w  bibliotekach państw Bliskiego Wschodu wymagają zasobów finansowych, ale dla chcącego nic trudnego.

I tu negatywnym przykładem może być oficjalna nauka polska, która zrezygnowała z  badań w  archiwach państw arabskich, nawet, jak czytałem, rozwiązano na Uniwersytecie Jagiellońskim jakiś zakład, który się tym zajmował.

Oczywiście stało sie to w  momencie osiągnięcia pierwszych sukcesów, dotyczących dawnej historii Polski.

Dla mnie bardzo przykre jest też to, że UJ coraz częściej pojawia się w  takich negatywnych dla historii Polski kontekstach.

Czy po to nasi Królowie i  Królowe tak się dla UJ wysilali, żeby tak zwany profesor Kazimierz Godłowski opluwał Słowian, a  inni jacyś nieznani mi panowie przerywali te bardzo obiecujące badania wschodnich tekstów?

Czy "granty" Władców Polski dla UJ były mniejsze, niż te współczesne, i  w związku z  tym profesorstwo już o  tej kasie zapomniało?

Poprawcie mnie, jeżeli znacie na UJ jednego sprawiedliwego, oprócz tej wspaniałej Pani od wschodnich tekstów, której jednostkę organizacyjną zlikwidowano.

Chętnie o  takich Sprawiedliwych Między UJ-towcami napiszę, bo ja też mam z  Facebooka złe doświadczenie z  jedną z  ikon profesorsko-UJ-towych.

Przepraszam, przyponiałem sobie właśnie o  profesorze Witoldzie Mańczaku z  UJ, wielkim językoznawcy, który był Sprawiedliwym i  mówił prawdę, ale on był językoznawcą i  w sferach historyków występował gościnnie.

O Godłowskim i  jego kolegach od szkalowania Polski miał zresztą jak najgorsze zdanie i  pisał o  tym otwarcie.

Mańczak głosił też wyższość myślenia ścisłego, naukowego nad myśleniem typu "wymyślanie dla efektu".

Bo przecież napisać można cokolwiek.

Papier i  klawiatura wszystko zniosą, ale co z  dowodami?

Dlatego pan profesor Witold Mańczak mówił, że wyniki badań statystycznych w  językoznawstwie są ważniejsze od róznych "bardzo mądrych teorii" nie mających poparcia w  dowodach obiektywnych.

Drodzy historycy i  archeologowie, uczcie się od niego!

Kryształowy Charakter Mańczak contra Czarny Charakter Godłowski i  jego złowrodzy kumple od bagien NadPrypeckich, popatrzcie, jaki ciekawy chwyt literacki mi wyszedł.

Tylko, że ja nie jestem literatem, to życie napisało taki szekspirowski scenatiusz.

Wolałbym, żeby w  naszych naukach historycznych było normalnie, po Bożemu, bez podłych intryg, tak ulubionych przez Williama z  miasta Stratford, leżącego nad równie, jak Prypeć bagnistą rzeką Avon.

I tu powstaje hipoteza hydrologiczno-historyczno-psychologiczna: czy teren bagnisty przypadkiem nie zamula i  nie degeneruje moralnie mózgi ludzkie i  ludzi samych?

Pozytywnym przykładem dla nas może natomiast być pan Paweł Szydłowski z  Vancouver, który dzięki swoim kontaktom w  Kanadzie odkrył w  archiwach arabskich i  żydowskich bardzo ciekawe fakty dotyczące historii Polski.

Pan Szydłowski, nie wiem jakie ma wykształcenie, ale włada kilkoma językami i  nawet jeżeli czasami się myli, to jako pierwszy zwrócił uwagę na wiele kluczowych faktów, które "umknęły" zawodowym historykom.

Taki badacz może mieć zasługi dla potomnych dużo większe niż całe stado profesorów inkasujących bezmyślnie dochody ze skrzętnie gromadzonych grantów.

Oczywiscie grantów nie dostaje się za darmo.

Nie wyobrażam sobie, żeby na przykład niemiecki "grantodawca" kontynuował "grantowanie" badacza piszącego prawdę o  nieistniemiu przed rokiem 900 n.e. narodu niemieckiego, piszącego natomiast o  naszej wielkiej starożytnej historii.

A przecież wiekszość funduszy, to fundusze "europejskie", a  UE to folwark Niemiec i  kolonia USA.

A jaki oni mają biznes w  promocji Polski?

Raczej by ją rozebrali na kawałki, jak Stalin w  parze z  Rooseveltem lub przy innej okazji, w  innej parze, z  Hitlerem.

Przy ochoczym potakiwaniu Wielkiej Brytanii, która jeszcze nam nie zapłaciła za nasz udział w  Bitwie o  Anglię.

Chociaż trzeba przyznać, że archeologowie i  genetycy, głównie genetycy niemieccy dostarczyli wiele wyników badań świadczących o  polskości ziem niemieckich w  starożytności.

Tak, "polskości", nawet nie słowiańskości, tylko polskości.

Takiego słowa użyli badacze niemieccy po przebadaniu genotypu ofiar bitwy nad Dołężą za Szczecinem z  1300 roku p.n.e.

Również badania szczątków starożytnych mieszkańców innych rejonów Niemiec dają genotyp słowiański.

No dobrze, ale to nie jest zasługa naszych archeologów i  historyków, tylko niemieckich genetyków.

Polscy genetycy też wykonują swoją pracę bardzo dobrze.

Na przykład pan profesor Tomasz Grzybowski z  Bydgoszczy.

Niestety nasz beton historyczny i  archeologiczny ani drgnie!

Nie reaguje na wyniki badań genetyków, antropologów i  lingwistów, które wskazują ciagłe na przebywanie Słowian na ziemiach Polski od kilku tysięcy lat!

Archeo-Beton idzie w  zaparte, a  my historycy-hobbyści nie musimy!

Wielka radość z  naszej wolności słowa w  XXI wieku!

Istnieje co prawda nagonka na uczciwych badaczy Słowiańszczyzny, prowadzona głownie na forach internetowych i  w obcej nam ideowo prasie polskojęzycznej, ale prowadzą ją zwykle niedouczeni redaktorzy, którzy nie czytają najnowszych doniesień naukowych i  nie potrafią kojarzyć faktów.

Tacy ludzie uczciwych i  kompetentnych badaczy nazywają złośliwie turbo Słowianami.

Mnie się nawiasem mówiąc ta nowo-nazwa bardzo podoba.

W zamyśle złośliwa, tak naprawdę jest wielkim komplementem.

Turbo Słowiaństwo dobrze się pozycjonuje również jako przeciwwaga do turbo nieuctwa.

A na koniec odpowiem na tytułowe pytanie "dlaczego nie zostałem archeologiem i  historykiem?".

Na moim przykładzie pokażę, jak jedna osoba źle ucząca historii może zmienić życie swoich uczniów i  jak bardzo postawa, wiedza i  zaangażowanie historyków i  innych nauczycieli są istotne dla następnych pokoleń.

Dla mnie był to nieszczęśliwy i  zarazem szczęśliwy przypadek.

Od drugiej klasy liceum miałem bowiem bardzo niedobrą nauczycielkę historii, taką co to potrafi człowieka zdegustować i  zniechęcić do ulubionych zainteresowań humanistycznych.

W tym czasie spotykałem natomiast doskonałych nauczycieli przedmiotów ścisłych i  na tych przedmiotach się wówczas skoncentrowałem.

A logiczne, ścisłe myślenie, w  dzisiejszych czasach bezładnego szumu informacyjnego, bardzo się przydaje.

Można z  tych wszystkich sprzecznych i  zaśmiecających umysł informacji wyciągać niezależnie własne wnioski.

Dlatego dziękuję moim dobrym nauczycielom: nauczycielce historii z  podstawówki, pani Nalepkowej, zresztą żonie naszego nauczyciela angielskiego z  liceum, profesora Nalepki.

Wspaniała para pedagogów.

Pani Nalepkowa zainteresowała mnie historią, a  przede wszystkim nie pozwoliła uwiędnąć moim dziecięcym zainteresowaniom tym przedmiotem.

Dziękuję mojej nauczycielce polskiego, z  podstawówki, pani Śliwie i  z liceum pani, profesor Danucie Kawie, naszej wspaniałej wychowawczyni.

Opierałem się intensywnie nauce stylistyki i  interpunkcji, a  teraz bardzo mi są potrzebne w  tworzeniu tej i  innych stron www.

Dziękuję moim matematykom, profesorom Stanisławowi Nowakowi, Gajdzie i  pani profesor Gądek.

Niektóre imiona nauczycieli wyleciały mi już z  pamięci, ale ich pracę i  zaangażowanie, aby z  nas zrobić ludzi doskonale pamiętam.

A wszystko to działo się około 45 lat temu, w  kilku szkołach, w   Dąbrowie Tarnowskiej.

Wymieniam ich wszystkich, oprócz tej pani, która mnie na kilka lat zniechęciła do nauki historii, bo każdy z  nas ma taką listę mistrzów i  mentorów, dzięki którym radzimy sobie w  życiu.

Od poziomu wykształcenia i  zaangażowania stanu nauczycielskiego zależy przyszłość Narodu.

Wy też spróbujcie zobaczyć i  przypomnieć sobie swoich najlepszych nauczycieli.

Uważam, że szacunek dla nauczycieli i  mistrzów w  skali społeczeństwa jest jak szacunek dla Przodków w  ramach Rodu i  Rodziny.

To dzięki rodzicom, rodzinom i  nauczycielom możemy prawidłowo odpowiedzieć na pytanie z  wiersza pana Władysława Bełzy "Kto ty jesteś? - Polak mały"

Moim marzeniem jest, aby do tego grona Wychowawców Narodu dołączyli też nasi naukowcy historycy i  archeologowie.

Bo rodzice i  nauczyciele w  szkołach podstawowych i  średnich mówią przeważnie to, co zalecają naukowcy i  media.

Takie społeczeństwa, narody i  kraje, jak na przykład Szwecja, gdzie rodzinę wręcz tępi się, zastępując administracyjnie ojca i  matkę pojęciami prawnymi typu "opiekuna", czy "wychowawcy" przestają już istnieć.

W tych krajach dzieci z  byle powodu odbiera się rodzicom, a  ciemnoskórym i  ciemnomyślnym emigrantom pozwala się na gwałty i  rozbój w  biały dzień.

Mam nadzieję, że potomków Sarmatów, Lechów, PoLachów to nie spotka.

Że obudzą się i  będą mądrzejsi.

Co daj Boże, Amen, jak mówił o  ile dobrze pamiętam ksiądz Stolarczyk z  Zakopanego.

Albo "się dzieje", jak mówi się dzisiaj w  kręgach słowiańskich.

Ale do pomocy prosilibyśmy też naszych historyków zawodowych.

To oni teoretycznie powinni kształtować świadomość historyczną Narodu, a  robią to bardzo wybiórczo.

Uznali już, po długich namysłach, że bitwa pod Grunwaldem rzeczywiście miała miejsce.

Zrobili to dopiero pod naciskiem takich ludzi, jak Sienkiewicz, czy Matejko.

Teraz pora na następne "odważne" kroki.

Może by nasi "polscy historycy" i  "polscy archeologowie" napisali coś o  Bitwie nad Dołężą, sprzed 3300 lat?

Skoro ich patroni, naukowcy niemieccy, piszą o  "polskim genotypie" żołnierzy biorących udział w  tej bitwie, to dlaczego nasi nie mogą?

No dobrze, koniec z  ironizowaniem i  narzekaniem.

Na razie Prawdziwą Historię Polski (PHP) piszą, na szczęście, AUTORZY NIEZAWODOWI.

I są w  tym dobrzy.

Przykłady takich autorów: klasyk tematu, pan Czesław Białczyński na BIALCZYNSKI.PL, serwis RUDAWEB.PL (tu mamy pana Weba, jedną osobę z  wykształceniem historycznym i  drugą bez: pani Ruda), czy ostatni przebój amatorskiej historii Polski, czyli niezwykle ciekawe analizy polskich kronik pana Tomasza Bizonia w  kanale LechitaTV na Youtube.

Pan Tomasz Bizoń jest z  Dębicy, a  ja pochodzę z  okolic Tarnowa, więc muszę nasze małopolsko-podkarpackie plemię sławić!

Taka Lechicka Tradycja!

Ale jestem też pod wrażeniem kultury osobistej, wnikliwości badawczej, logicznego myślenia i  poczucia humoru pana Tomasza.

Jest jeszcze dobrze znany, z  doskonałych książek o  Lechii, autor bestsellerów historycznych, pan Janusz Bieszk.

Dobrze im wszystkim to odtwarzanie Prawdziwej Historii Polski idzie.

Im i  wielu, wielu innym, o  których z  braku miejsca nie będę tu pisał.

Dzięki Internetowi nie jestesmy już uzależnieni od oficjalnych mediów i  oficjalnej nauki.

I nie jesteśmy już żadnymi sierotami.

Mamy swoją godność i  wiedzę.

I tego się trzymamy.

Marian Nosal
Warszawa, 21 stycznia - 12 czerwca 2017 roku


zobacz:

Nowy portal Wolnych Słowian i   Wolnych Polaków "Słowianie i  ukryta historia Polski" jest w  ciągłej rozbudowie. Zapraszam do lektury, część artykułów jest w  trakcie realizacji. Zapraszam wszystkich Wolnych Ludzi do udziału w  tym projekcie. Piszcie, fotografujcie, kręćcie filmy - opublikuję Wasze Dzieła związane z  losami naszych przodków z  waszym podpisem. Autor strony: Marian Nosal